No cóż…trzeba wreszcie coś napisać….hmmmm….
Dzisiaj, pierwszy raz od dłuższego czasu, śpiewałam w kościele …. wraz z wirtuozem wiolonczeli – Asiolem i wirtuozem nad wirtuozami, władającym milionem klawiszy i setką czerwonych “nie niebieskich” przycisków – Beretem, braliśmy udział w ślubnej ceremonii. Wykonaliśmy kilka utworów i…. mam mieszane uczucia…nie jestem z siebie zadowolona….ale najbardziej przykre było to, że ludzie w ogóle nie włączyli sie w liturgię….ja, przyzwyczajona do głośnych śpiewów, byłam w niemałym szoku, kiedy zobaczyłam ludzi uczestniczących we mszy w zupełnej ciszy…nawet podczas grania kolęd nie było słychać najmniejszej reakcji….
Ogólnie rzecz biorąc było jednak bardzo sympatycznie i wzruszenie udzieliło się nie tylko nam ale i pewnej pani, która w trakcie składania przez przyszłych małżonków przysięgi – straciła przytomność.
Mam nadzieję, że dane mi będzie jeszcze kiedys zaśpiewać na tego typu ceremonii…może choć przez chwilkę dzięki nam, ktoś poczuł poruszenie, albo chociaż zaciekawienie…albo nie wiem…w ogóle coś poczuł
Jeżeli się do tego przyczynilismy, to uważam to juz za wielki sukces.
pozdrowienia dla ekipy
